wtorek, 3 lipca 2012

Młodość nie wieczność

Były kiedyś takie piękne czasy, kiedy bilet na koncert kosztował 20 funtów. Za 30 funtów można było pójść na każdy zespół świata, a 60 funtów kupowało przepustkę do koncertowego nieba (taką z powitalnym drinkiem i koszulką zespołu). Dzisiaj, żeby zobaczyć byle cover-band trzeba zapłacić tę nieszczęsną trzydziestkę. 60 funtów kupi nam bilety na Muse, owszem, ale będziemy Matta Bellamy szukać chyba z teleskopem. No i będzie trzeba przynieść swój własny odtwarzacz muzyczy, żeby móc usłyszeć koncert - puszczamy naszą ulubioną płytę (jeśli mamy jakiś album live, tym bardziej przekonująco), zatapiamy oko (tylko jedno!) w naszym teleskopie i już możemy cieszyć się dobrze wydanymi trzema stówami. Za te pieniądze nie tylko kupicie nową płytę (ta we wrześniu, dla tych niezorientowanych, zwie się The 2nd Law) ale też zostanie Wam niezły kapitał na resztę dyskografii jeśli nie macie albo na kilka flaszek wina, żeby się pogibać do Muse na imprezie ze znajomymi. Przełknęłam gorzko swoje 60 funtów i mam nadzieję, że nie będę musiała przed koncertem studiować astronomii żeby zobaczyć zespół. No, i że nowa płyta mi się spodoba, bo w końcu kupiłam bilety na coś czego jeszcze nie słyszałam. A były takie czasy, że podobny bilet kosztowałby połowę tej ceny...

A jak już przy "takich czasach", które były jesteśmy, to byłam kilka tygodni temu odwiedzić stare, oksfordzkie śmieci. Fala wspomnień, falą wspomnień. Miło było zajrzeć we wszystkie dobrze znane kąty, powspominać piękne beztroskie czasy i poczuć ducha wcale nie tak, jakby się mogło wydawać odległej matury. Wszystko to było przyjemną wycieczką Aleją Wspomnień, bo Oxford teraz i Oxford wtedy nie bardzo się od siebie różnią. Już moja czujność zostala uśpiona, kiedy wylądowałyśmy z Asiylą na farmie jej rodziców. I tam też czas jakby stanął i niewiele się zmieniło. Przynajmniej tak mi się wydawało aż nie zleciało się na powtanie rodzeństwo Asiylii. Ostatni raz widziałam tych dwoje najmniejszych ... hmm... jak ich mama karmiła ich łyżeczką i całe awokado mieli rozgniecione na dziobach aż po czoło. A przyszła mnie przywitać dwunastolatka (!!!) i ośmiolatek... Pierwsze co powiedziałam (zanim o tym pomyślałam) to: "Jeja! Jak Wy urośliście! A pamiętacie mnie?" Głupie pytanie. Oczywiście, że nie pamiętali. Ci starsi też nie. Najgorsze, że ja ich pamiętałam. Co więcej pamiętam, jak mnie różni dziwni znajomi wpadający czasem do nas w odwiedziny dzielili się zawsze jedną i tą samą nudną wiadomością: że urosłam. Dzieci tak już mają, że rosną i całe dzieciństwo zastanawiałam się co w tym takiego rewolucyjnego dla wszystkich tych, którzy w końcu już swój przydział wzrostu zaliczyli. No i proszę, zupełnie przypadkowo sama zostałam jednym z tych nudnych dorosłych. Potem tylko to potwierdziłam odmawiając trzymania w ręce małych kurczaczków.

Dzisiaj kolega ze studiów Will B. powiedział, że nie widzieliśmy się prawie pół roku. Ostatni raz oboje byliśmy studentami a dzisiaj on narzekał na to, że wypłata wyglądała dobrze, aż nie odprowadzono od niej podatku. Żebym siedziała nad lunchem (to samo w sobie jest szokujące) i słuchała narzekań na podatki w wykonaniu znajomego którego nie widziałam pół roku... Takie rzeczy robią tylko ludzie dorośli. Z rozpaczy aż sobie kupiłam na pocieszenie kolczyki. Chciałam takie z tęczami, kucykami pony albo przynajmniej w jakieś uśmiechnięte słoneczka czy kotki, ale niestety mieli tylko kółka i inne kamienie pseudo/szlachetne. Nawet sklep z kolczykami powiedział mi dziś, że świat poszedł naprzód i tylko moja samo-świadomość została w tyle.

Na pocieszenie zostają mi drogie jak nigdy wcześniej bilety na Muse i wino. Również drogie, ale to dobry pierwszy krok do nadgoniena za światem - kupić wino droższe niż to które się kupowało kiedy bilety na koncerty były po dwadzieścia funtów.

Na koniec będzie Kopenhaga. Tak, znowu. Jeszcze mi na długo wystarczy.

Copenhagen
ps. chciałam jeszcze napisać coś o kremach pod oczy, ale okazuje się, że z całym moim naciąganiem i tendencją do przerysowania nie mam żadnej wiedzy o kremach pod oczy więc nie mogę na nie nawet ponarzekać.

Brak komentarzy: