środa, 20 listopada 2013

Tonący brzytwy się chwyta

Dostałam właśnie maila od wice-szefowej Komisji Europejskiej w UK, że przeczytała moją część raportu i przyznaje, że

"spojrzenie na sprawę z perspektywy mediów społecznych wydaje jej się ciekawe i dodało do wartości całego raportu. Thank you"

Chyba to sobie wydrukuję, powieszę w biurze i będę czytać w chwilach zwątpienia. A "thank you" może nawet oprawię w ramkę.

Na koniec jesienne słońce w Clapham:


wtorek, 19 listopada 2013

Bella Italia

Plany pisania we Włoszech na bieżąco jak zwykle spełzły na niczym. Może to słońce, może to limoncello a może moja ciągła potrzeba wieczornych "passeggiata" na zmianę z czytaniem ksiązek taśmowo. W końcu są wakacje. Zamiast codziennego pamiętnika musi starczyć spóniona dokumentacja fotograficzna.

Amalfi Coast Amalfi Coast Windows Capri Capri
Positano Positano Positano
Villa Cimbrone Pottery! Amalfi Coast Capri On the way to Capri Capri Cat On the way to Atrani
Boats Beach Parasols Lemons Amalfi

środa, 13 listopada 2013

Jak zmiescic zycie w 140 znakach*

Ile w ciagu dnia gubicie mysli? Ile pomyslow Wam umyka i ile juz nie wraca? A jesli wraca to w momencie najmniej dogodnym: zaraz przed zasnieciem lub kiedy stoicie pod prysznicem i zapisac tych mysli nie sposob?

Mam wrazenie, ze ostatnio mysli umyka mi wiecej niz kiedys. Staram sie je zbierac w telefonie, zbierac w takim malym notatniku noszonym w torebce czy konstruowac w myslach skojarzenia, zeby mysli nie uciekly do konca. I tak czesciej zapominam niz pamietam. Chociaz nie wiedzac o czym sie zapomnialo trudno odmierzyc mysli ujarzmione i te ktore czmychnely gdzies dal (moze do innej glowy?)

Wydaje mi sie, ze moje obecne zajecie w zyciu ma ogromny wplyw na moja zdolnosc zatrzymania przy sobie mysli. W swiecie mediow spolecznych wszystko dzieje sie bardzo szybko i musi zmiescic sie w 140 znakach. 160 jest uwazane za luksus, a wszystko co ma wiecej niz 180 znakow jest niewarte zawieszania oka. Dwa akapity to zdecydowanie za duzo by utrzymac przy sobie publicznosc. Sprawdzaja sie krotkie klipy na YouTube ale zdecydowanie lepiej jesli zawieraja w sobie koty (te male i puchate lub te z zyciowymi lub zdrowotnymi problemami), jednorozce albo polityka z marginesu, szczegolnie prawicowego, bo teraz prawica jest modna. Slowo pisane musi byc krotkie, tresciwe i najlepiej jakis zart. Zachecam Was do spedzenia dnia na Twitterze (8 godzin z przerwa na lunch) byscie zwatpili w swoje zdolnosci intelektualne i w najgorszych przypadkach sens istnienia.

Twitter jest narzedziem niesamowitym. Poziomem demokracji przewyzsza wiekszosc krajow arabskich, duza czesc europejskich, kazde forum internetowe i prawie kazda rozprawke Platona. Na Twitterze kazdy moze byc tak samo wazny. Oczywiscie, ze Obama bedzie mial z racji urzedu wiecej sledzacych niz Joe Bloggs, ale Joe przy odrobinie determinacji i ogromnej ilosci wolnego czasu tez moze 39 787 405 obserwujacych**. Twitter daje nam dostep do duzo wiekszej ilosci informacji niz moglibysmy sobie wczesniej wyobrazic. Teraz wpisujac w wyszukiwarke #reactWarszawa zobaczymy wiadomosci z calej Europy dotyczace roli Unii Europejskiej na swiecie - linki, zdjecia, wszystko co tylko ludziom wydaje sie zwiazane z tematem (a wszystko to zwiazane z konferencja, ktora organizowana jest jutro przez Biuro Parlametu Europejskiego w Warszawie). Nigdy wczesniej w historii cywilizacji nie mielismy takiej mozliwosci bycia glosem w debacie publicznej z osobami sprawujacymi wladze czy majacymi wplywy. Nigdy nie mielismy do tego stopnia dostepu do tego, co dla tych ludzi jest wazne.

Wszystko to niestety musi zmiescic sie w 140 znakach. Nie wiem czy mowi to wiecej o ludziach wplywowych czy wiecej o przecietnym czasem koncentracji umyslowej homo sapiens sapiens. Wszystko dzieje sie szybko i musi byc streszczone do minimum. Wiadomosci musza zmiescic sie w naglowkach a zdjecia podpisane wylacznie slowem kluczowym. Nie ma czasu (ani miejsca) na doglebna analize i wciaz dziwi mnie jak znajduja sie w tym pozornie prostym swiecie osoby z szeroko-pojetej akademii (szczegolnie nauk humanistycznych i spolecznych).

Ja odnajduje sie w miare i po ponad dwoch latach uzywania Twittera w pracy i do pracy rzadko potrzebuje az 140 znakow. Juz wiem, ze nie mam szans wiedziec o wszystkim ani przeczytac wszystkiego - zawsze cos mi umknie i wiem, ze nie jestem jedyna. Wydaje mi sie, ze nadazam nad dyskusja, ktora mnie interesuje i codziennie znajduje kolejne osoby warte uwagi. Sa dni kiedy nie loguje sie do swojego konta i nie mam wrazenia, ze zycie mnie omija. Jestem w stanie czekajac na autobus patrzec w niebo a nie czytac najnowsze wiesci kolegow z pracy (to podobno umiejetnosc w zaniku i dlatego ja wspominam). Mam jednak wrazenie, ze ciagle siedzenie i obracanie sie wsrod ludzi potrzebujacych jedynie 140 znakow do wyrazenia swoich mysli powoduje, ze w wolnym czasie umysl czesto przeskakuje mi z tematu na temat. Mysl tu, mysl tam, mysl trzecia i spowrotem do mysli pierwszej. Jaki jest sens myslenia, jesli nie jestem w stanie wyciagnac z niego zadnych wnioskow?

Tym retorycznym pytaniem chyba skoncze. Na tradycyjne obrazkowe zakonczenie niech bedzie "Wine & Drugs" czyli sens zycia w Amalfi

Wine & Drugs

ps. Moje konto na Twitterze jest tutaj.
pps. Ten post ma 4 138 znakow. Potrzebowalabym na niego 30 tweetow.

* post stworzony na komputerze Guru, bez polskich znakow i z dziwna klawiatura, stad literowki wszelkie
** ilosc osob sledzacych Obame w momencie pisania posta

czwartek, 7 listopada 2013

Blog szkiców, szkice bloga

Ostatni tydzień i trochę, to głównie czas pisania posów, które pewnie nigdy nie zostaną opublikowane. To raczej ciągi mysli troszeczkę chaotyczne, i bardzo niedokończone. Jeśli coś w życiu osiągnę, to może oddam je mojemu duchowi do użycia w mojej autobiografii. A może zatrzymam je dla siebie na zawsze i cała ta fala pytań zostanie na zawsze zakopana w metaforycznej skrzynce, jak u Davey'ego Jonesa (swoją drogą czy Davey Jones był Walijczykiem? Nazywa się jakby mógł być Walijczykiem).

Listopad nam nastał a wraz z listopadem powroty do domu w ciemnościach. Słońce będą nam w najbliższych miesiącach dozować bardziej niż angielska służba zdrowia antybiotyki chorym. Jedyna rada to wakacje gdzieś koło równika albo hibernacja. Chociaż... Jakaś banda pozytywnie zakeconych wariatów z Norwegii znalazła inne rozwiązanie. Rjukan, miasteczko w norweskiej dolinie przez pół roku jest poniżej linii gdzie bywa w górach słońce. Co wymyślili sprytni Norwegowie? Otóż wymyślili to. Dobrze, że świat jest pełen dobrych pomysłow.

Wezmę się za siebie i pokończę niektóre niedokończone myśli. Moze wtedy nadam temu rozpisywaniu się jakiś kierunek. Kierunek jest dobry we wszystkim.Przynajmniej od czasu do czasu.

Na koniec kierunek Bella Italia (tym razem Amalfi):

IMG_3938

czwartek, 31 października 2013

Post bez inspiracji ale za to z listą punktowaną i krawatami

Nic się nie martwcie – jeszcze nas stąd nie wywiało. Co prawda wiało tak, że były spore szanse na wywianie przez dosyć szczelne okna, ale jesteśmy wciąż tutaj. Wśród ofiar jest płot sąsiadow i jedna wielka topola w parku.

Przez chwilę nas nie było, bo byliśmy w Brukseli gdzie uczyliśmy się o mediach społecznych i o tym, jak w całej Europie ludzie chcą słuchać i są Europą zainteresowani. Problem polega na tym, że Europa jest (jak większość instancji sprawujących funkcje państwowe) wciąż nastawiona na nadawanie a nie nasłuchiwanie. Nawet poskładałam na ten temat Power Pointa, ale nie będę się nim z Wami dzielić. Nie żeby Was nie zanudzać (Power Point z ilością slajdów większą niż cztery jest nieudaną prezentacją: mój miał trzy), ale dlatego, ze to wymaga osobnego posta. Jeśli nie osobnej podstrony na tym blogu gdzie tego typu wątpliwa twórczość będzie zamieszczana.

Październik mi umknął szybciej niż się spodziewałam i lista osiągnięć w nim wygląda nastepująco:
  • utrzymałam przy życiu (z armią weterynarzy i wsparciem z całej Europy) Łysą Małpkę (patrz post poniżej)
  • przetrzymałam i dożyłam końca Ery Węgierskiej w pracy. Praktycznie z dnia na dzień biuro opuściła głowna siła sprawcza i teraz jestem jeszcze bardziej sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem niż byłam wcześniej
  • miałam ze dwa lub trzy dobre pomysły
  • zrobiłam tarte jabłkową
  • ożywiłam swojego Tumblr’a, głownie ze względu na brak innych opcji fotograficznych w ostatnim miesiącu (o tym kiedy indziej)
  • zaprzyjaźniłam się z 27 osobami reprezentującymi KAŻDĄ stolicę Unii Europejskiej. Miejskie weekendy nigdy wcześniej nie wyglądały tak kusząco

Na koniec ściana krawatów z SuitSupply w Brukseli:




środa, 23 października 2013

Zniknięcie i morderca czerwonych myszek

Tak, troszkę zniknęłam. Powodów jak zwykle zbyt wiele żeby się rozpisywać.

Jak się jednak okazuje, dobrze jest mieć swoje miejsce w internecie na przemyślenia przeróżne. Bez takiego notatnika publicznego mam wrażenie, że cała masa myśli mi umyka albo w ogóle się nie rodzi. Jakoś tak jakbym miała życie nie poukładane. Może to dlatego, że biznesowe wydatki mam nie poukładane, w szafie mam bałagan a jesień zbliża się wielkimi krokami. Ostatni list wysłałam w świat we wrześniu. Wtedy też ostatnio pisałam coś w pamiętniku. Wtedy przerobiłam ostatnie zdjęcia.


Koniec tego, trzeba sie wziąć za siebie (i jak Brigid Jones liczę, że pisanie mi w tym pomoże). 

Na koniec (tego miejmy nadzieję początku) będzie bohater miesiąca, waleczna bestia pokonująca śmiercionośne wirusy z energią godną tygrysa syberyjskiego, Mister Łysa Małpka i niestrudzony morderca czerwonych myszek i kasztanów - mój prywatny Cecil:

Cecil

czwartek, 1 sierpnia 2013

Media społeczne i Ostateczna Jeżdżąca Maszyna

W szumie wszelkich mediów społecznych dookoła jakoś umknęły mi te własne. Praca na co dzień z Twitterem, Twarzo-Książką (ha!), blogami i innymi wirówkami (w końcu Tumblr to chyba wirówka, nieprawdaż?) spowodowała wszelki spadek aktywności na profilach prywatnych. Strzeżcie się ludzie od mediów społecznych - praca będzie próbowała znaleźć Was wszędzie. 

Troszkę mi to przypomina piękne czasy namiętnego studiowania. Całe dnie spędzałam ślęcząc nad książkami i nad dokumentami drukowanymi i takimi wirtualnymi. Wieczorem na widok książki dostawałam lekkich mdłości. Zamiast składać literki w słowa włączałam "House M.D." a książki czytałam powoli i z ogromną przyjemnością w czasie całkiem wolnym. Teraz czytam je za szybko ale z równie wielką namiętnością jeśli nie większą. Zanim zaczęłam zawodowo siedzieć na facebooku spędzałam na nim dużo więcej czasu dla zaspokojenia własnej ciekawości i ego. Teraz siedzę na facebooku i na Twitterze zawodowo i moje biedne opuszczone, prywatne media społeczne muszą poczekać aż nie będę na samą o nich myśl chciała, żeby w Londynie zabrakło prądu.

Swoją drogą mój związek z mediami społecznymi jest troszkę bi-polarny. Raz je kocham, raz nienawidzę. Czasem mam wrażenie, że cały świat wie o czymś o czym nie wiem ja i to mnie przeraża. Czasem ten sam zestaw obserwacji raczej mnie ekscytuje. Szkoda, że ten dylemat nie zmieścił mi się w 140 znakach. Mogłabym się wtedy złotą myślą dzielić i dzielić. A tak, niech sobie wisi na blogu.

Na koniec powinna być moja nowa i lśniąca Ultimate Driving Machine (Ostateczna Jeżdżąca Maszyna? Hmm...), ale niestety nie zdążyłam jeszcze jej zrobić ani jednego zdjęcia o zadowalającym standardzie estetycznym. Będą zatem papryczki chilli. One zawsze są o zadowalającym standardzie estetycznym. To chyba jedyne co mają wspóle z Ostateczną Jeżdzącą Maszyną.

Chilli plant