czwartek, 7 listopada 2013

Blog szkiców, szkice bloga

Ostatni tydzień i trochę, to głównie czas pisania posów, które pewnie nigdy nie zostaną opublikowane. To raczej ciągi mysli troszeczkę chaotyczne, i bardzo niedokończone. Jeśli coś w życiu osiągnę, to może oddam je mojemu duchowi do użycia w mojej autobiografii. A może zatrzymam je dla siebie na zawsze i cała ta fala pytań zostanie na zawsze zakopana w metaforycznej skrzynce, jak u Davey'ego Jonesa (swoją drogą czy Davey Jones był Walijczykiem? Nazywa się jakby mógł być Walijczykiem).

Listopad nam nastał a wraz z listopadem powroty do domu w ciemnościach. Słońce będą nam w najbliższych miesiącach dozować bardziej niż angielska służba zdrowia antybiotyki chorym. Jedyna rada to wakacje gdzieś koło równika albo hibernacja. Chociaż... Jakaś banda pozytywnie zakeconych wariatów z Norwegii znalazła inne rozwiązanie. Rjukan, miasteczko w norweskiej dolinie przez pół roku jest poniżej linii gdzie bywa w górach słońce. Co wymyślili sprytni Norwegowie? Otóż wymyślili to. Dobrze, że świat jest pełen dobrych pomysłow.

Wezmę się za siebie i pokończę niektóre niedokończone myśli. Moze wtedy nadam temu rozpisywaniu się jakiś kierunek. Kierunek jest dobry we wszystkim.Przynajmniej od czasu do czasu.

Na koniec kierunek Bella Italia (tym razem Amalfi):

IMG_3938

czwartek, 31 października 2013

Post bez inspiracji ale za to z listą punktowaną i krawatami

Nic się nie martwcie – jeszcze nas stąd nie wywiało. Co prawda wiało tak, że były spore szanse na wywianie przez dosyć szczelne okna, ale jesteśmy wciąż tutaj. Wśród ofiar jest płot sąsiadow i jedna wielka topola w parku.

Przez chwilę nas nie było, bo byliśmy w Brukseli gdzie uczyliśmy się o mediach społecznych i o tym, jak w całej Europie ludzie chcą słuchać i są Europą zainteresowani. Problem polega na tym, że Europa jest (jak większość instancji sprawujących funkcje państwowe) wciąż nastawiona na nadawanie a nie nasłuchiwanie. Nawet poskładałam na ten temat Power Pointa, ale nie będę się nim z Wami dzielić. Nie żeby Was nie zanudzać (Power Point z ilością slajdów większą niż cztery jest nieudaną prezentacją: mój miał trzy), ale dlatego, ze to wymaga osobnego posta. Jeśli nie osobnej podstrony na tym blogu gdzie tego typu wątpliwa twórczość będzie zamieszczana.

Październik mi umknął szybciej niż się spodziewałam i lista osiągnięć w nim wygląda nastepująco:
  • utrzymałam przy życiu (z armią weterynarzy i wsparciem z całej Europy) Łysą Małpkę (patrz post poniżej)
  • przetrzymałam i dożyłam końca Ery Węgierskiej w pracy. Praktycznie z dnia na dzień biuro opuściła głowna siła sprawcza i teraz jestem jeszcze bardziej sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem niż byłam wcześniej
  • miałam ze dwa lub trzy dobre pomysły
  • zrobiłam tarte jabłkową
  • ożywiłam swojego Tumblr’a, głownie ze względu na brak innych opcji fotograficznych w ostatnim miesiącu (o tym kiedy indziej)
  • zaprzyjaźniłam się z 27 osobami reprezentującymi KAŻDĄ stolicę Unii Europejskiej. Miejskie weekendy nigdy wcześniej nie wyglądały tak kusząco

Na koniec ściana krawatów z SuitSupply w Brukseli:




środa, 23 października 2013

Zniknięcie i morderca czerwonych myszek

Tak, troszkę zniknęłam. Powodów jak zwykle zbyt wiele żeby się rozpisywać.

Jak się jednak okazuje, dobrze jest mieć swoje miejsce w internecie na przemyślenia przeróżne. Bez takiego notatnika publicznego mam wrażenie, że cała masa myśli mi umyka albo w ogóle się nie rodzi. Jakoś tak jakbym miała życie nie poukładane. Może to dlatego, że biznesowe wydatki mam nie poukładane, w szafie mam bałagan a jesień zbliża się wielkimi krokami. Ostatni list wysłałam w świat we wrześniu. Wtedy też ostatnio pisałam coś w pamiętniku. Wtedy przerobiłam ostatnie zdjęcia.


Koniec tego, trzeba sie wziąć za siebie (i jak Brigid Jones liczę, że pisanie mi w tym pomoże). 

Na koniec (tego miejmy nadzieję początku) będzie bohater miesiąca, waleczna bestia pokonująca śmiercionośne wirusy z energią godną tygrysa syberyjskiego, Mister Łysa Małpka i niestrudzony morderca czerwonych myszek i kasztanów - mój prywatny Cecil:

Cecil

czwartek, 1 sierpnia 2013

Media społeczne i Ostateczna Jeżdżąca Maszyna

W szumie wszelkich mediów społecznych dookoła jakoś umknęły mi te własne. Praca na co dzień z Twitterem, Twarzo-Książką (ha!), blogami i innymi wirówkami (w końcu Tumblr to chyba wirówka, nieprawdaż?) spowodowała wszelki spadek aktywności na profilach prywatnych. Strzeżcie się ludzie od mediów społecznych - praca będzie próbowała znaleźć Was wszędzie. 

Troszkę mi to przypomina piękne czasy namiętnego studiowania. Całe dnie spędzałam ślęcząc nad książkami i nad dokumentami drukowanymi i takimi wirtualnymi. Wieczorem na widok książki dostawałam lekkich mdłości. Zamiast składać literki w słowa włączałam "House M.D." a książki czytałam powoli i z ogromną przyjemnością w czasie całkiem wolnym. Teraz czytam je za szybko ale z równie wielką namiętnością jeśli nie większą. Zanim zaczęłam zawodowo siedzieć na facebooku spędzałam na nim dużo więcej czasu dla zaspokojenia własnej ciekawości i ego. Teraz siedzę na facebooku i na Twitterze zawodowo i moje biedne opuszczone, prywatne media społeczne muszą poczekać aż nie będę na samą o nich myśl chciała, żeby w Londynie zabrakło prądu.

Swoją drogą mój związek z mediami społecznymi jest troszkę bi-polarny. Raz je kocham, raz nienawidzę. Czasem mam wrażenie, że cały świat wie o czymś o czym nie wiem ja i to mnie przeraża. Czasem ten sam zestaw obserwacji raczej mnie ekscytuje. Szkoda, że ten dylemat nie zmieścił mi się w 140 znakach. Mogłabym się wtedy złotą myślą dzielić i dzielić. A tak, niech sobie wisi na blogu.

Na koniec powinna być moja nowa i lśniąca Ultimate Driving Machine (Ostateczna Jeżdżąca Maszyna? Hmm...), ale niestety nie zdążyłam jeszcze jej zrobić ani jednego zdjęcia o zadowalającym standardzie estetycznym. Będą zatem papryczki chilli. One zawsze są o zadowalającym standardzie estetycznym. To chyba jedyne co mają wspóle z Ostateczną Jeżdzącą Maszyną.

Chilli plant

sobota, 1 czerwca 2013

Co ma Gra o Tron do Unii Europejskiej

Ten blog powinien zostać przemianowany na "wstyd i gańba" na cześć mojego braku motywacji w jego kierunku. W życiu dookoła tyle ciekawych rzeczy, tyle pytań bez odpowiedzi, tyle monologów wewnętrznych a tu taka cisza.

Może to wina nowej pracy. Praca skupia się głównie siedzeniem na szeroko-pojętych mediach społecznych łącznie z blogami. A przynajmniej w opisie na tym się skupia, bo w rzeczywistości jest skomplikowaną i subtelną grą polityczną. Planszą do gry jest Londyn, pionkami są i ludzie i Instytucje i gracze dzielą się na dwie kategorie - tych, którzy modlą się o ślepy los i tych, którzy robią wszystko by ich ślepy los nie spotkał. Czyli, w pracy jak w życiu.

A tutaj kolejny dowód, że wszystko jest grą. W tym przypadku Grą o Tron. Książki nie czytałam, serialu nie widziałam, ale cokolwiek łączącego popkulturę z polityką europejską jest przeze mnie z marszu uwielbiane. 

Co może nam powiedzieć Gra o Tron o Unii Europejskiej? Odpowiedź jest tutaj:


Jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem przez jakiś czas i dziś po raz pierwszy od marca miałam okazję usiąść nad zdjęciami. Oczy mam już kwadratowe od patrzenia w ekran, ale ... nie mam już żadnych zaległości. Warto było. Na koniec żonkile, których dawno już nie ma.

IMG_2583

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Co robiłam kiedy mnie nie było...

..czyli krótkie przypomnienie co działo się w ostatnim odcinku mojego życia. 

Nadchodzący czas raczej będzie wypełniony patrzeniem do przodu, więc muszę się w sobie zebrać i wreszcie zająć się zdjęciami. Takie podsumowanie ostatnich tygodni było motywacją w tym kierunku.

Fakty, które na zdjęciach widać to:

Orlando wciąż się na mnie złości, a Diego nie może doczekać się wiosny (Cicik spał):
IMG_9760Diego

Charlie rzucił we mnie śnieżką:
Charlie

Bo też było czym  rzucać:
Snowy birthday

Była też Wielkanoc
IMG_9852Easter

Moony tworzył:
Daria and the egg

A my z Limonką wyżywałyśmy się gastronomicznie:
Black ForestLemon curd


Na zdjęciach pominięto poniższe wydarzenia:

- stuknął mi kolejny rok w życiu. W ten wkroczyłam z bolącym zębem, ale za to w pięknych kolczykach. Prawdziwy dowód na to, że nie można mieć w życiu wszystkiego

- straciłam jednego zęba, ale dostałam dwie propozycje pracy. Kolejny dowód na tezę powyższą.

I to by było prawie na tyle. Następnym razem mam nadzieję będzie wiosenna teraźniejszość zamiast zaśnieżonej przeszłości.

sobota, 20 kwietnia 2013

Zaległości wszędzie, co to będzie?

Udało mi się osiągnąć zaległości prawie w każdej dziedzinie życia. Ja to jednak mam niezaprzeczalny talent. Sześć tygodni luzu w życiu zawodowym rozluźniło mi wszystko (łącznie z uzębieniem, ale o tym kiedy indziej). Blog zapomniany, zdjęcia jeszcze z lutego nieprzerobione, ale za to CV mam na najwyższym poziomie gotowości.

 W Rzymie byłam tak dawno, że tylko starożytni Rzymianie mają jakieś wspomnienia z tego wydarzenia, w domu byłam tyle razy, że wszyscy już myślą, że się wprowadziłam spowrotem do rodziców (po prawie dziewięciu latach byłaby plotka na całą okolicę....), a zima która dzisiaj na zdjęciach przeglądałam nie ma już nic wspólnego z aurą za oknem, gdzie nieśmiało zakwitły magnolie a ja wciąż czekam na troszkę słońca by to uwiecznić.

Moje drogi z Wielką Instytucją Europejską rozeszły się, ale jak pokazuje życie: "never say never", bo mój powrót najprawdopodobniej nastąpi już wkrótce. O tym na razie cicho-sza, bo najważniejsza jest papierkowa robota. Papierkowa robota to świętość i bez jej wypełnienia nie ma szans na życiowe spełnienie (szczególnie w sferze zawodowej).

Lżejsza o jednego zęba mam zamiar sobie zrobić wiosenne porządki w szafie i życiu. Pranie już poczyniłam a zdechłe owoce z miski w kuchni wyrzuciłam. Prawdziwi mężczyźni podobno nie jedzą owoców. Trzeba im je przemycać w jedzeniu jak psom tabletki. Inaczej się pochorują. To, moi drodzy, są naukowo udowodnione fakty.

To nie koniec rewelacji - będzie jeszcze rewelacja o cieście w kształcie statku pirackiego, ale dopiero po wciągnięciu ostatniej flagi na maszt będę mogła ewentualnie chwalić się tym osiągnięciem. Gdyby kariera w instytucjach europejskich nawaliła, a Kitkat nie była w stanie znaleźć pracy ratującej środowisko, to zawsze możemy razem założyć biznes cukierniczy!

Kiedy nadgonię zaległości fotograficzne będą nowe zdjęcia. Na razie musi na koniec wystarczyć Rzym w Lutym.

Rome