Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiazki w prezencie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiazki w prezencie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

O ksiazkach przemyslenia

Guru dostal pelno ksiazek na Swieta i ja je pochlaniam w metrze. Najpierw niesmialo zapytalam czy moge wziac jedna (The Hare with Amber Eyes, E. de Waal). Po niej zrobilam sobie przerwe w kradziezy ksiazek i przeczytalam ksiazke uratowana z Oxfamu. Po osieroconej ksiazce (Do latarnii morskiej, V. Woolf) niestety wrocilam do domu z pracy i nie umialam znalezc niczego do czytania. A Swiateczny stosik ksiazek lezal kuszaco na biurku nie-moim. Walka z samym soba jest zawsze najtrudniejsza i ja lubie myslec o sobie, jako o osobie obdarzonej silna wola. Kazdy z nas ma jednak chwile zwiatpienia w siebie. Guru nie bylo, a ja mialam wizje wieczoru bez ksiazki. Nie czekalam az rozwiazanie samo przyjdzie, ale wzielam los we wlasne rece. Bez pytani i zbednych ceregieli wzielam sie za kolejna ksiazke z tych prezentowych. Ta ma 700 stron czyli jest szansa, ze nie polkne jej zbyt szybko.

Och jak ja lubie kiedy ksiazki maja wiecej niz 500 stron. Wiem wtedy, ze na dluzej mi starcza. Dlatego tak smutno bylo skonczyc Larssona, bo rzadko czyta sie cos dlugiego majac satysfakcjonujaca wizje, ze jest tego wiecej, a potem jeszcze wiecej. A potem zaczelam trzeci tom i musialam hamowac przy czytaniu i przypominac sobie, ze to jest ostatni tom i wiecej Larssonow juz nie ma. Tak samo z Wieza. I Potterem. Chociaz, nie zawsze takie cegly to dobra rzecz. Jeszcze nie doroslam do tego, zeby jesli zaczne ksiazke ja porzucic i czasem cierpie przez to katusze, jak wtedy kiedy czytalam "Shantaram". Coz, czasem trzeba za upor zaplacic.

Wiele mialam wyobrazen jak stolica wplynie na moje zycie, ale nie spodziewalam sie, ze Londyn da mi wiecej czasu do czytania ksiazek. Paradoks? Alez nie, moi drodzy. Codziennie spedzam okolo godziny czytajac i tylko czasem robie od tego wyjatek. Najmniej czytam w weekendy, chociaz moze tylko tak mi sie wydaje, bo nie czytam wtedy az tak regularnie. Rano wsiadam do metra, gdzie telefony nie dzialaja, internetu nie ma a wpasc na znajomego jest trudno bo malo co widac w tlumie. Mozna ukladac klocki, hodowac wkurzone ptaszki, czytac tabloidy a mozna tez czytac ksiazki. Najpierw mam 20 minut w jednym pociagu, a potem w drugim jeszcze jakies 10. Czasem szaleje i czytam jadac schodami na powierzchnie. Tyle slyszalam narzekania na metro, na rozmiary Londynu i czasy dojazdu a tu taka niespodzianka. Jasne, ze czasem zazdroszcze tym ogrzewanym przez wygodne siedzenia tylka jakie widze w tych Astonach czy innych Audi, ale jesli nie sluchaja audiobookow, to na co dzien bym tego nie zamienila. Zreszta audiobook to nie to samo, co 600 stron przed soba i zagapienie sie na stacji bo tak wciagnely nas losy glownego bohatera. Jesli lubicie czytac, to Londyn na pewno nie stanie Wam w tym na przeszkodzie. 

Tylko, co ja bede czytac, jak stosik Guru sie wyczerpie? (wtedy pojde do Oxfamu zaadoptowac jakas sierote)

Na koniec wyjatkowo zdjecie pasujace do tematu. Szyld antykwariatu w Cambridge.

niedziela, 1 marca 2009

Devon, (u)rodziny, guru i latawce

Wrocilam do Bristolu po dwoch dniach slodkiej nieobecnosci. Z tego co widze Bristol za bardzo za mna nie tesknil. Wcale mnie to nie dziwi, bo jedyny potencjalnie teskniacy element spedzil caly weekend zapewniajac mi atrakcje na wsi devonskiej. Byliscie kiedys w Devon? Jesli nie, to koniecznie wpiszcie na liste miejsc do zobaczenia. Slowo 'morze' nagle nabiera zupelnie innego, duzo ciekawszego znaczenia.

Poznalam zycie codzienne/rodzinne guru i zadziwilo mnie jak latwo i przyjemnie na ten weekend stalam sie jego czescia. Traktowano mnie jak dobra znajoma, a kiedy dolaczyl do nas brat guru i plakalismy przy lunchu wszyscy ze smiechu, to sie upewnilam w swoim przekonaniu, ze chyba mnie wszyscy polubili. Pies mnie tez polubil, chociaz mialam wrazenie ze co jakis czas patrzyl na mnie dlugo i wnikliwie a potem na Charlie'ego i pytal: "Co to mi tutaj przywiozles, hm? Co to za porzadki? Dziwne to-to strasznie, ciagle do mnie gada i to jeszcze w jakims obcym jezyku..."
Nawet na urodziny sie zalapalam, ale historia z nimi zwiazana jest za dluga na wszelkie opisy mniej lub bardziej literackie. Prezent dla kogos kogo sie nie zna to trudne zadanie, ale mnie sie udalo zrobic praktycznie sztuke i to sztuke komediowa. Musicie mi uwierzyc na slowo, bo wiecej tu nie napisze.

A teraz ide spac, bo odpadaja mi rece i nogi. Guru dopielo swego, uparlo sie jak tylko ono potrafi, zabralo mnie na plaze i dalo do reki latawiec, ale nie byle jaki bo bardziej przypominajacy paralotnie. Dostalam uprzaz, latawiec, instrukcje, wsparcie, wiatr i krotka (za krotka!) demonstracje od samego guru. Podobno latawce mam we krwi, bo szlo mi bardzo dobrze jak na kogos kto sie na tym w ogole nie zna. Coz... jesli jutro jeszcze bede umiala ruszac rekami, to moze sie zdecyduje w to zabawic raz jeszcze.

Ktoregos pieknego dnia beda z tych wszystkich szalenstw nadmorskich zdjecia. Ale to pewnie po esejach.