niedziela, 20 maja 2012

O pogodzie znów

Wiecie, powoli przestaję wierzyć, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi ciepło bez owijania się w cztery warstwy swetrów i bez szalika na dworze. Dzisiaj odmarzły mi uszy, bo bylo 10 stopni i wiatr, kiedy wyszłam poszukać miejsca do wysłania przesyłki. Marzy mi się, że wychodzę na dwór i nie kulę się w sobie idąc na przystanek. Marzy mi się troszkę słonka i wizja siedzienia na dworze. Wczoraj na chwilę było słonko i cały dzień byłam na dworze, ale gdyby nie koce i polary nie pisałabym do Was teraz bo nie miałabym czym. Ja rozumiem, że klimat się zmienia, ale dlaczego akurat w mojej okolicy zmienia się na gorsze? Płaszcz zimowy w maju? Wbrew pozorom to nie taki szalony pomysł.

Tyle ile się namarudziłam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy na pogodę, to mało kto się w całym życiu namarudził. A może to znak, że powinnam szukać szczęścia niezależnie od promieni słonecznych? Mam nad sobą zawieszoną taką małą, burzową chmurkę jak rodzina Adamsów i nic na to nie jestem w stanie poradzić. A przecież ja nie jestem wybredna! Nie proszę o piękne lato ani nawet o tydzień nieustannych upałów. Wystaczy mi, że będzie troszkę więcej niż 16 stopni przez jeden weekend. I ja już będę zadowolona. Ewentualnie może być na przykład 24 stopnie i ciągle lać. 24 stopnie i słonko by było rozpustą, więc nie przesadzam. Z marzeniami też nie można przesadzać. Ale żebym ja pod koniec maja w kawiarnii miała ochotę na wielki kubek gorącej czekolady a nie mrożoną herbatę... Sami przyznajcie, że to niefajnie. O tym, że brzydko pozazdrościłam odległej ode mnie pogody dziś rano już w ogóle nie powinnam wspominać.

Zamiast słonka mamy na pocieszenie Jubileusz Królowej a potem Olimpiadę. Obie imprezy są wszechobecne już mimo, że do każdej zostało nam jeszcze troszkę czasu. Coż, komu potrzebne słonko i wiosna jesli może mieć jedną Królową przez 60 lat...

Na koniec będą ocieplające imbryczki. Nic nie poprawia pogodowego samopoczucia tak, jak herbata.

wtorek, 15 maja 2012

Postęp w pracy i przerwa w audycji

Po krótkiej przerwie w nadawaniu audycji wracamy na fale internetowe. Nie było nas ze względu na przewrotność w polityce cenowej tanich linii lotniczych oraz impulsy nagłe i nieprzewidywalne. Zachciało nam się domowego jedzenia i słoneczka, o którym słyszeliśmy plotki, więc postanowiliśmy wyruszyć w kierunku domu na przedłużony weekend.

Pogoda oczywiście zepsuła się na sam nasz widok. Moja rodzina osiąga szczyty kreatywności jeśli chodzi o żarty i pocieszenia związane z psuciem się pogody na moje przyjazdy do domu. Prawdą jednak jest, że szok klimatyczny raczej mi nie grozi, bo pogoda lata ze mną. Ciekawe ile Ryanair by mnie skasował za taki niewymiarowy bagaż. Dobrze, że nie wiedzą co ze sobą wożę, bo gdybym wiozła deszcz to pewnie liczyliby sobie od litra wody. Słońce jest jasno przeliczalne na energię odnawialną, więc aż strach pomyśleć co pan O'Leary uznałby za satysfakcjonująca go opłatę.

Słonka więc nie było, ale było za to domowe jedzenie w przeróżnych postaciach, rozmowy przy winie do białego rana, marudne koty (pogoda wpływa na ich humorki te)ż i rosnące mini-pory i dynie. Były też oczy Davida Bowie, ale to już zupełnie inna historia.

W czasie mojego krótkiego niepobytu okazalo się, że moja kariera nabrała rozpędu. Dostałam pierwszą pełno-wymiarową wypłatę na moim pełno-wymiarowym etacie, a na biurku czekał mnie karton pełen moich pierwszych wizytówek. Wiem, że wszyscy mówią, że osiemnastka to dorosłość, potem że matura to dorosłość, potem że pierwsze własne pranie, a potem, że wyprowadzenie się z domu, ale to wszystko sie dzieje jakoś tak stopniowo. Osiemnaście lat nas nie zaskakuje, pranie widzieliśmy przecież w domu nie raz a z domu wyprowadzić się można nagle tylko uciekając a nie o tym mowa. Wizytówki to jednak inny rodzaj kroku w "prawdziwe życie". Nawet nie one same są na ten krok dowodem, ale fakt, że zamówiliśmy je bo za dużo osób o nie pytało. Nagle lądują na naszym biurku i okazuje się, że możemy je rozdawać tym wszystkim spragnionym naszego służbowego maila i adresu. Chcecie mi wysłać faks? Proszę bardzo - jestem na to gotowa i mam taki kartonik o wymiarach 8 x 5 cm który Wam to umożliwi. A gdybyście się kiedyś zastanawiali co robię, to ten kartonik też Wam powie. Ciekawe czy teraz będzie z tymi wizytówkami jak z dowodem osobistym - jak tylko go dostałam barmani przestali o niego pytać. Może jednak na moje wizytówki znajdą sie jacyś chętni. Bo jeśli nie, to co ja zrobię z trzystoma wizytówkami...?

Na koniec wbrew pozorom nie będzie zdjęcia mojej wizytówki ani też pogody. Na koniec będzie Faworyt:
Faworyt Faworyt Faworyt

czwartek, 10 maja 2012

Marzenia się spełniają

Kilka razy już chyba pisałam, że marzenia się spełniają, wiec prosze oto kolejny dowód (w postaci scenki rodzajowej)

Dzwonię do firmy organizującej konferencje, z którą nasze biuro będzie współpracować. Pani po drugiej stronie dwoi się i troi, żeby spotkać się z moim szefem jeszcze w tym tygodniu. Nagle dzwoni w tle jej komórka. Pani grzecznie mnie przeprasza i pędzi odebrać.

Pani: Cześć Katherine. W porządku, dzięki. Słuchaj, czy możesz zadzwonić za jakieś 10 minut bo mam Unię Europejską na linii?

Tak, oto zostałam Unią Europejską. Nie Parlamentem. Nie samą sobą w Parlamencie, a całą Unią. Jose Manuel Barroso to mi może ewentualnie drzwi otwierać, moi drodzy.

A na koniec kwiatki nad rzeką nad morzem. Ostatnio jakoś same kwiatki. Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się z tego jakaś fotograficzna faza:

niedziela, 6 maja 2012

Ścigana przez Instutucje

Biurokracja mnie sciga. Udowadniałam już Instutucjom, że naprawdę jestem kim jestem, ale niestety jeden wydział pozostaje twardy jak skała i nieprzekonany co do mojej egzystencji. Wysłałam już swój paszport i dyplomy z uczelni, wysłałam dowody osobiste rodziców i wszystko inne co udowadnia moja narodowość, ale Unia pozostaje nieugięta.

W piątek poproszono mnie o dowód, że rodzice przez ostatnie dziesięć lat naprawdę mieszkali w Polsce kiedy ja kształcilam się poza jej granicami.  Bo przecież mogłam być w szkole z internatem w Anglii a rodziców mieć tuż za rogiem, w Chipping Norton. A potem przecież mogli spakować manatki i mieszkać w Portishead zaraz pod moją uczelnią. Wszystko trzeba sprawdzić i każdemu w papiery zajrzeć. Na razie Instutucje są nieświadome, że mam też siostrę. I Babcię. I stado kotów. Nigdy nie wiadomo kiedy zażyczż sobie obejrzenia Cicikowego rodowodu. Cicikowa Polskość może też musi byc udowodniona i jej holenderskie korzenie bedż kwestionowane. Jeśli jest Holendrem to niech po niderlandzku zamiauczy, chociaż lepiej, żeby miała certyfikat z miauczenia po niderlandzku. I niech jest na nim pieczątka, która udowodni autentyczność certyfikatu. Przed Instutucjami nic i nikt się nie ukryje. Cicik już myślał, że mu się udało, że jest pierwszym obywatelem zjednoczonej Europy (ze swoim niebieskim paszporcikiem w gwiazdki) a tu proszę - jego też prześwietlą.

Dobrze, ze ja sie urodziłam w kraju o komunistycznych korzeniach. Dzwonię spanikowana do rodziny, że potrzebję dowodów na ich istnienie ale dowody osobiste nie wystarczą, a Tata (czasem naprawdę myslę, że spadł z nieba, tak jak mówi) problem rozwiazuje jednym zdaniem/mailem/telefonem (niepotrzebne skreślić). Potem mówi, że nasza nomenklatura jest w stu procentach kompatybilna z nomenklaturą europejską i mam sią nie martwić, bo on ten tor przeszkód zna jak wlasną kieszeń w ulubionej marynarce.

Jak dobrze, że mając oczy i uszy otwarte możemy korzystac z doświadczń nie tylko własnych, ale i cudzych. To taka wielka chmura wiedzy albo inny Google Drive możliwości. Wszystko jest dla wszystkich - trzeba tylko wiedzieć kogo zapytać.

A jak jak jakiś nienormalny jeszcze mam zamiar zdawać testy, żeby do tej europejskiej zabawy dołączyć na dłużej. Co więcej - muszę z tej okazji  przypomnieć sobie ułamki i procenty. Nie, zebym sie martwiła, albo przechwalała jak jakas niestabilna emocjonalnie nastolatka, ale czasem mam wrażenie ze jestem trochę szalona/nienormalna. 

Żeby nie było, ze kończe żałosnym wywnętrzaniem się w kierunku wirtualnej pustki, to tym razem bedzie zdjecie kwiatków. Kwiatki są optymistyczne i piękne i nikomu nie muszą udowadniać, że rosną w Anglii a nie w Polsce.

Swoją drogą - właśnie wpadłam na pomysł jak jeszcze bardziej zbiurokratyzować Unię - co roku każde państwo powinno wydawać wszystkim, którzy w nim NIE mieszkali certyfikaty, które o tym nie zaświadczają. "Ministerstwo Spraw Zagranicznych Jej Królewskiej Mości z przyjemnością zaświadcza wszytkim zainteresowanym, iż Pan i Pani D. nie mieszkali w roku 2011 w Wielkiej Brytanii." Pieczątka i podpis i już. Bo przecież nie można mieć dosyć biurokracji!

Kwiatki miały być. Proszę, oto one:

niedziela, 29 kwietnia 2012

Nie taki weekend straszny...

Dużym plusem posiadania pracy w normalnym i prostym znaczeniu tego słowa jest to, że każda chwila spędzona poza pracą jest chwilą wolną. Żadnych czyhających na nas esejów, żadnych egzaminów do których przecież uczyć można się też w środku nocy. Weekend jest teraz weekendem i tylko od nas zależy czy wolność wykorzystamy czy zmarnujemy. W piątek popołudniu wychodzimy z biura i ... 

No właśnie i co teraz?

Ja na przykład najpierw wpadłam w panikę. Bo przecież jak można mieć dwa dni wolnego. CO? 48 GODZIN BEZ PLANÓW? Jak to jest możliwe?! Co się teraz ze mną stanie?! Troszkę jak taki al w tytce (zawsze chciałam to napisać na blogu!) próbowałam sobie znaleźć coś ważnego do zrobienia. Bo przecież siedzenie bez celu to tylko coś na co można sobie pozwolić na wakacjach. Toskańska nuda to domena tylko kilku tygodni letnich i wakacyjnych. Nie wiedzieć czemu przez pierwsze kilka weekendów wydawało mi się, że powinnam jakoś się przydać społeczeństwu albo przynajmniej sobie. Jakby czytanie książek i myślenie o niebieskich migdałach dozwolone było tylko w czasie, ktory pewnie od teraz powinnam nazywać urlopem.

Chrzanić to moi drodzy. Weźcie sobie to do serca i pamiętajcie, że każdy weekend to taki mały urlop i małe wakacje. Wolność jako ograniczająca nas tytka to przecież jakaś paranoja. Na pewno napisano na ten temat już nie jedną rozprawkę i studenci filozofii pewnie co roku debatują na temat wrażenia zniewolenia spowodowanego wolnością. Czyż nie jesteśmy dziwnym gatunkiem? Cały tydzień czekamy na piątek by sobotę się obudzić z przerażeniem w oczach. A moze to tylko ja? Ktos jeszcze tak miewa?

Zamiast przerażenia lepiej sobie zrobić coś dobrego do jedzenia. Ja zrobiłam pierwszy raz w życiu bezy (ukłony dla Limonki, która służyła pomocą i wsparciem duchowym). Od tego są weekendy, żeby pierwszy raz w życiu zrobić bezy. I oficjalnie ogłosić, że próba zakończyła się sukcesem.

Proszę - oto bezy które w skończonym dziele wyglądają troszkę jak jadalne grzybki atomowe. 

sobota, 28 kwietnia 2012

Pogoda angielska

Są takie plotki, że gdzieś widziano słońce. Słonce? A co to takiego? Podobno to taki rzadko spotykany fenomen meteorologiczny. Pojawia się wtedy, kiedy patrząc na niebo widać na nim najbliższa naszej planecie kule o tej samej zresztą nazwie (Słońce). Coż, plotki plotkami. Wyglądam za oknem i raczej nie widzę szans na jakies kosmiczne anomalie - 12 stopni i leje. 

Pogoda w Anglii (której temat poruszałam już wielokrotnie w tym miejscu) jednak nie rozczarowuje. Anglicy lubią rutyne i przewidywalność. Od setek lat mają tylko dwie partie polityczne, rządzi nimi od sześciesięciu lat ta sama królowa (o dynastii już nie wspominając) i za nic nie chcą zmienić waluty. Wciąż myślą, że są imperium a reszta świata, żeby nie robić im przykrości po prostu nie wypomina im jego upadku. Dla nich nawet ostatnia wojna światowa wciąż trwa. Nie daj Boże Angela Merkel ich skrytykuje, a już na drugi dzień możecie spodziewać się Angielskiego Bulldoga w akcji. Tym razem to Cameron, ale konotacje z Winstonem Churchillem są wyraźne i nie sposób ich nie zauważyć. Zmiany nie są w Anglii dobrze widziane.

Pogoda na Wyspach jest więc idealnie wpasowane w same wyspy i Wyspiarzy. Zimą jest wilgotno i jest 11 stopni. Wiosną jest 12 stopni i leje. A latem jest 16 stopni i pada. Od czasu do czasu temperatura spada to mrożących 5 stopni w ciągu dnia (i -1 w nocy) i wtedy wszyscy mówią o "Nowej Epoce Lodowcowej". Przez kilka dni zdarza się też, że jest około 19 stopni i wtedy głośno mówi się o "zabójczych upałach", przypomina się obywatelom by smarowali swe blade oblicza kremami i pili dużo płynów. W sumie roczna amplituda (oklaski dla moich wszystkich nieudanych nauczycieli geografii - mimo, że probowali nie udało im się aż tak zniechęcić mnie do przedmiotu bym wyparła całą wiedzę) temperatury to w przeciętnym roku około 5°C a roku nadzwyczajnym około 14°C. Kiedy przez dwa tygodnie nie pada deszcz ogłaszają suszę i zakazują mycia samochodów, ale powodzią straszą dopiero po trzech tygodniach nieustających upałów. 

Tak, Anglia jest przewidywalna. Jeśli tylko coś wyłamuje się z rytmu to jest objawem niezdrowego liberalizmu. Tutaj nawet partia pracy jest konserwatywna. Przecież wiadomo, że nowe (lepsze) jest wrogiem starego (dobrego). Szanse na jakiekolwiek zmiany wszyscy przybyli do Albionu juz dawno porzucili - tutaj nadzieję wymieniono na cynizm, a brak słońca wzmógł znany na świecie (i głównie nierozumiany) angielski humor. Oni już się z nim rodzą, a z czym się nie urodzą rodzice im potem prostują. Prosze oto Anglicy w akcji (obaj bohaterowie są w wieku kiedy jeszcze możemy pod każdym stołem w jadalni stać na baczność):

1) Księgarnia.
Bohater nr.1: Mamo! Ile tu książek!
Mama: Książek? W księgarni? No, niemożliwe.

(wyobraźcie sobie taki dialog u nas... pewnie skończyłoby sie płaczem a nie pełną zrozumienia ciszą)

Dialog drugi jest bardziej tematyczny:

2) Na chwilę (dawno temu) wyszło słońce.
Bohater nr. 2 (trzymany przez mamę za rączkę): Jaki mamy dziś piękny dzień!
Mama: W rzeczy samej.

No i proszę. Anglia od kuchni. Zamiast rozprawiać na blogu o pogodzie mam teraz plan rozprawiać o pogodzie w pubie. I, jak to mówią: Cheers to that!

Na koniec wiosna, kiedy na chwilę wyszło słonko. Ja ją łapię jak słoneczniki słonko.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Post pozytywny (polecajacy)

Zeby nie bylo, ze tylko tutaj roztaczam wizje negatywne, malkontenckie i mizantropiczne (te ostatnie bardziej w kontaktach na zywo).

Dla wszystkich srednio zorientowanych komunikuje, ze moja Maman (ta wlasna i prywatna wspominana w tym internetowym zakatku glownie a propos celnych uwag zyciowych i swych przyjazdow w kierunku Albionu) od jakiegos czasu rowniez posiada swoj wlasny kawalek internetu, na ktorym mozna przeczytac o tym dlaczego wloska nuda jest lepsza od wszystkich innyc i o tym jak zrobic najlepsze na swiecie brownie z bananami. Jesli jeszcze Was tam nie bylo, to popelniliscie blad i natychmiast musicie go zmienic. Mozecie mi wierzyc, ze wyjdziecie stamtad glodni i zainspirowani.

Artysci mowia, ze glod to synonim inspiracji, ale oni chyba glodu uzywaja metaforycznie. Nowy pomysl wydawniczy Rankina nazywa sie zreszta "Glod" i jest o potrzebie tworzenia. Rankina tez polecam, szczegolnie w ramach inspiracji. On Was raczej nie nakarmi i raczej nie nauczy jak sie samemu nakarmic, ale na pewno zapewni Wam uczte dla oczu. Ma chlop talent i przerob jakich malo. Fotografia wiele wielkich nazwisk w swojej krotkiej historii zdazyla juz wyprodukowac i niezmiennie dodaje do tych wartych uwagi nowe. Rankina, jesli nie znacie to warto by bylo abyscie poznali. Zreszta, kiedy zajrzycie na jego strone okaze sie, ze znacie wieciej niz mysleliscie. Ja go lubie za arogancje i zamilowanie do bielizny jesli portrety same w sobie Was nie przekonuja. A juz jego projekt Tuulitastic (opisany na stronie jako fotograficzny list milosny do zony) to wisienka na torcie i inspiracja dla ogladajacych - murowana! 

Jako, ze to jest post pozytywny (polecajacy) z tematem przewodnim glodu bedzie tez watek filmowy. W zeszlym tygodniu moglam wybrac sie do kina na film z glodem w tytule ("Hunger Games", mylaco zatytulowany u nas "Igrzyska Smierci" a nie "Gry Głodu") i jakos sie nie moglam zdecydowac. Teraz moj prywatny agent do spraw literatury zajmie sie sprawa - wybada i zrecenzuje. A film bedzie musial poczekac bo bardziej niz mordujacych sie w lesie nastolatkow bylam glodna Seana Penna ("This Must Be the Place" jeszcze gorzej przetlumaczone na "Wszystkie odloty Cheyenna". Odlotow trudno sie tam doszukiwac). Jakis genialny czlowiek postanowil razem w jednym filmie zamiescic Seana Penna i muzyke Davida Byrne'a. Ze tez na ten pomysl wpadlismy dopiero teraz jako ludzkosc. Sean Penn moze i ma opinie na temat Falklandow, ktore nie do konca zgadzaja sie z tym co mysli reszta swiata i zdarzalo mu sie w przeszlosci ciskac ciezkimi przedmiotami w przebywajace z nim kobiety, ale trudno mu odmowic talentu aktorskiego. Wchodzisz do kina i zapominasz, ze ogladasz Seana i na tym magia Seana polega. A poza tym Sean Penn jako emerytowana gwiazda rocka z torba na kolkach, pomalowanymi paznokciami i przemysleniami (niedokonczonymi) na temat Lady Gagi musi sie rownac udanemu pomyslowi. Jesli to wszystko Was nie przekonalo, to moze przytocze na zakonczenie dialog.

Zona: "Kochanie co ty tam robisz, probujesz sie odnalezc czy jak?"
Glowny bohater: "Nie jestem w Indiach, tylko w Nowym Meksyku"

Coz, moze troszke mniej mainstreamowo, ale przeciez odnalezc wlasny sens mozna wszedzie.

Na koniec duzo mniej gornolotnie - buty na kamienistej plazy. Interpretacji obrazu nieskonczonosc. Pytanie klasyczne: co artysta mial na mysli? (odpowiedz ponizej)


(ʎzɐld ɾǝʇsıuǝıɯɐʞ ɐu ʎʇnq)