środa, 12 lutego 2014

Obywatele Wielkiej Brytanii debatują o Europie

Pomyślałam, że dobrym pomysłem byłoby podzielić się moim streszczeniem debaty z wice-przewodniczącą Komisji Europejskiej Viviane Reding, którą zorganizowało biuro Komisji w Wielkiej Brytanii (pod tą pompatyczną nazwą mieści się około dziesięciu osób, które dużo łapały się za głowy, zaplanowały wszystko w najmniejszych szczególach i wytrzymały falę pani komisarz, a jest to fala o wielkiej sile). Ja byłam tylko małym pionkiem w tej grze - podłączona do dwóch ekranów i stałej dostawy wody mineralnej umożliwiłam wszystkim tym, którzy nie mogli być z nami na sali Royal Institution komentarz na żywo na Twitterze.

A tutaj jest moje krótkie (biorąc pod uwagę ilość wysłanych tweetów w czasie debaty) podsumowanie. Wszystkie pytania i ogólny zarys debaty ze strony mediów społecznych zebrane w najważniejszych wiadomościach:


niedziela, 2 lutego 2014

Czego nie uczą w szkole, a powinni czyli szkoła życia

Historia pierwsza: Były takie czasy, że wystarczyły mi jeansy jako jedyny rodzaj noszonych spodni. Latem nosiłam spodnie lniane, a całą resztę roku jeansy. Miałam jedną parę spodni na wyjściowe okazje i aby uniknąć rozpaczy przy potencjalnych błędach w praniu i ogólnym utrzymaniu po prostu oddawałam je do pralni chemicznej. Problemy z prasowaniem do niedawna = 0. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że świat poszedł na przód a razem ze światem ja. Mam teraz w szafie przynajmniej cztery pary spodni, które jeansami nie są, do czyszczenia się nie nadają i wymagają prasowania. Co więcej, wymagają zaprasowania w kant, co jest (jak się okazuje) zupełnie ponad moje możliwości.

Historia druga: Mam piękny, nowy płaszcz, w którym od razu odpadł guzik. Guzik nosiłam kilka tygodni w kieszeni aż rzeczywiście zaczęło mi być wstyd, że jestem taka bez-guziczna. Guzik przyszyłam i co ten zrobił przy pierwszym założeniu? Tak, odpadł. Jak się okazuje przyszycie guzika do płaszcza też jest ponad moje możliwości.

Rozkręcenie kolanka pod umywalką jest dla mnie czarną magią, nie wiem też zbyt wiele o inwestowaniu oszczędności. Pomalowałam sobie sama w sypialni ściany i następnym razem na pewno zapłacę komuś pieniądze za to, żeby już więcej tej krzywdy ścianom nie robić. Jeśli chodzi o domowy budżet to radzę sobie lepiej, bo lata praktyki i zamiłowanie do tabelek w excelu dużo dały. Ale zapytajcie się mnie o ile za długie mam w sypialni zasłony i czy potrafię coś z tym dodatkowym metrem zrobić. Skończy się na tym, że oddam je do najbliższego krawca, który skasuje mnie za przejechanie po nich nożyczkami dwa razy tyle ile ich wartość rynkowa.

Wszystko to są czynności nie wymagające jakiejś ponadludzkiej inteligencji. No, bo przecież w czasie prasowania potrafię jeszcze robić masę innych rzeczy. Przyszycie guzika nie wyciska ze mnie ostatnich intelektualnych potów, ale to wcale nie znaczy, że przychodzi mi łatwo.

Troszkę się ostatnio mówiło o wprowadzeniu do szkół zajęć z finansów. Domowy budżet, jak założyć konto w banku, jak planować wydatki. Jak najbardziej. Moglibyśmy połączyć to razem z przedsiębiorczością (co za żart), przygotowaniem do życia w rodzinie (jeszcze większy żart) i nazwać je Przygotowaniem do Życia. Ani razu nie przydało mi się w życiu prawo Ohma ani wiedza o tym, że salamandra to gatunek chroniony. Chociaż będę to na pewno pamiętac następnym razem planując widząc salamandrę na dziale promocji w Tesco. Zanim to jednak nastąpi czemu nie nauczymy dzieci jak ugotować sobie makaron al dente, zaplanować budżet domowy, przyszyć guzik i nie wpaść w panikę przy pierwszym samodzielnym prasowaniu kantów?

Amen.

Na koniec Londek Zdrój - widok na Whitehall z Trafalgar Square:

środa, 15 stycznia 2014

Elementy niezbędne do pracy (rozprawka)

Świat poszedł już dawno naprzód, ale wszystko wskazuje na to, że do mety mu jeszcze daleko. Będzie parł do przodu aż wszyscy zgłupiejemy od ilości danych do przetworzenia, przestaniemy komunikować się z ludźmi w realu, wyleczymy raka i dolecimy na krańce naszej galaktyki. Właściwie nie, nawet jeśli to wszystko się stanie on i tak będzie szedł naprzód. Chociaż... podobno gdyby go rozpędzić to zacząłby się cofać, ale to jest fizyczna jazda bez trzymanki, którą wyjaśnić państwu mogą spece od teorii względności, nie ja.

W moim życiu pójściem do przodu pod wieloma względami jest to, że swoją pracę mogę wykonywać gdzie chcę. Odpadają właściwie tylko miejsca takie jak - obce planety, puszcza amazońska, samoloty odrzutowe większości (ale nie wszystkich) linii lotniczych, tunele pod Kanałem La Manche* i biuro E.1036 pod numerem 32 Smith Square w Londynie. Cała reszta świata wydaje się mieć chociaż jeden sposób w jakim można podłączyć się do globalnej sieci, zatem mogę tam wykonywać swoje obowiązki zawodowe. Do obowiązków tych należy wszystko co związane z mediami społecznymi dla agencji Dużej Ponad-Narodowej Instytucji znajdujących się w Londynie, ale o tym kiedy indziej.

Poprzednie moje role w życiu wymagały biurka, segregatorów, pieczątek i wiecznie nieobecnych Skandynawów. Zasypana stertą papierów goniłam ludzi, odbierałam telefony i oglądałam jak ustawione są krzesła w sali konferencyjnej. Teraz potrzebuję internetu i narzędzia, które mnie z nim podłączy. Laptop jest najłatwiejszy, ale coraz częściej pracuję w autobusie używając tylko telefonu. Ba! Twitter jest bardziej przyjazny w ruchu - tego na komputerze wciąż nie rozpracowałam. Co za tym idzie kiedy mam dość biurowej atmosfery ze względów mniej czy bardziej trywialnych, pakują manatki i siadam w kawiarni. Albo na totalnego luzaka - nie wychodzę w ogóle z domu. Zaopatrzona w herbate na hektolitry, muzykę tak głośno jak mi się podoba i totalną wolność wyrażania opinii na temat wszystkich naszych komentatorów na facebooku, robię dokładnie to samo co robiłabym w biurze. 

To nie jest kwestia tego, że nie lubię chodzić do biura. Na pewno nie przepadam za powrotami z niego, bo tłok w metrze nie pozwala nawet na wyciągnięcie z torebki chusteczki do nosa (smarkamy po cichu w płaszcz współpasażera). Czasem jednak atmosfera w nim nie sprzyja pracy. Ale też czasem samotność przez cały dzień działa dołująco a nie motywująco. Gdybym miała wybierać to zawsze wybrałabym dowolność w wyborze mojej lokalizacji w pracy. Życie bez biurowych plotek nie jest takie samo. Czasem jednak trzeba przysiąść w swojej motywującej samotni i coś osiągnąć.

Na koniec tej rozprawki niech będzie moje biurko z dzisiaj, na którym znajdują się wszystkie elementy niezbędne do osiągnięć zawodowych:

Home office

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Trudne pytania

Jak ja kiedyś żyłam bez papieru do pieczenia?

niedziela, 12 stycznia 2014

Czytelnictwo a rodzaj bloga

Kiedyś różne głupty na blogu pisywałam. Właściwie zaczęłam bloga sto lat temu (na polskim portalu blogowym, którego nazwa uciekła mi z pamięci już dawno temu) i pisałam tam wszystko to, co pretensjonalne nastolatki pisują na blogach. Fox zrobił mi taki piękny szablon z Wieżą i blogowałam sobie zupełnie bez czytelników. Poza szablonem z Wieżą niewiele się zmieniło, chociaż statystyki pokazują, że jest niewielka grupa stale odwiedzających mnie tu osób. Ciekawe co je sprowadza? Ujawnijcie się i przyznajcie się. Wszelka krytyka mile widziana.

Teraz bloguje się inaczej. Lepiej mieć wątek przewodni i na nim zbudować bloga. Jak już się taki wątek odnajdzie i wyrobi się czytelników można sobie od czasu do czasu odejść od tematu. Cała masa odwiedzanych przeze mnie blogów nie ma szablonów wcale a autorom na walorach estetycznych ich internetowej przystanii albo nie zależy albo lubią taką kontrowersyjną estetykę na "wisi mi to". Piszą z pasją swoje rozprawki polityczne i czasem im zazdroszczę tak jasno wyrobionego zdania na taką różnorodność tematów europejskich.

Zastanawiam się, jak w rankingach popularności blogów wyglądają dziś te osobiste - o wszystkim i o niczym. Podejrzewam, ze jeśli chodzi o poziom czytelnictwa to trudno nam będzie znaleźć blogi osobiste Janków Kowalskich. Co innego z takimi Lady Gagami i innymi Beckhamami - gdyby blogowali osobiście to założę się, że każda zapiekanka a'la Beckham i poradnik jak poskładać prześcieradło jak Gaga znalazłby się we wszystkich listach "Top". Jak natomiast ma się sprawa z zakładaniem nowych blogów. Czy tematyka kulinarna prześciga rozmyślania o chmurach, serialach TV czy żmudnym życiu codziennym  Marianny S. z Krakowa? Nie wydaje mi się. Pomimo, że czytamy więcej politycznych rozważań samozwańczych ekspertów więcej jednak będzie blogów i złamanych paznokciach popitych Pinot Grigio.

Swoja drogą jak juz przy łamanych paznokciach i Pinot jesteśmy - czytał ktoś już nową Bridget Jones? Ja nie, ale nie wiem czy chciałabym się na nią wykosztować. Pamiętam, że druga książka mnie zirytowała. Ale może Bridget też dojrzała?

Watek, jak widzicie gdzieś mi znowu umknął. Chyba na koniec będzie w takim razie jak zwykle w takich sytuacjach Cecil. Tym razem pomaga mi rozebrać choinkę. Patrzcie jak urósł - waży 4kg!